|
Polacy wydają się odczuwać wyraźną niechęć wobec wszelkiej wspólnotowości. Jeśli coś jest wspólne, publiczne to znaczy że jest niczyje, skorumpowane lub złe.
Najbardziej widać to chyba wśród przedstawicieli młodej liberalnej (czasem nawet uważającej się za lewicującą) inteligencji. Obyczajowo pewnie łatwo byłoby ich określić jako socjaldemokratów, problem w tym, że jedyne w co oni i one naprawdę wierzą, to jednostkowe szczęście, indywidualna kariera. Stąd, na przykład, wciąż zainteresowanie ideami klasy kreatywnej, w której związki międzyludzkie definiowane są jako słabe, oparte na kaprysie, w przeciwieństwie do silnego kapitału społecznego (który teoria klasy kreatywnej odrzuca), który wiązał „tradycyjne” klasy społeczne, szczególnie pracujące.
To przekonanie, że „ja sobie poradzę” ma w gruncie rzeczy same złe strony – choć na pierwszy rzut oka może wydawać się inaczej. Bardzo często bowiem, „ja sobie poradzę”, ponieważ mój wujek jest dziekanem, a ciocia prezesem. Indywidualna kariera gwarantowana jest przez rodzinno-przyjacielskiej, bardzo tradycyjne i mocne, struktury społeczne. Przez nepotyzm i kolesiostwo po prostu. Jeśli jednak „ja sobie poradzę” nie korzysta z takiego wsparcia, łączy się często z wyjazdem za granicę lub z brutalnością w prowadzeniu swojej kariery. Dog eat dog.
Nie trzeba wiele wysiłku, by zdać sobie sprawę, jaką mentalność kształtują takie okoliczności i wybory. Społeczeństwo się rozpada, MY jesteśmy albo mądrzejsi albo silniejsi od ONYCH.
Pogarda staje się najsilniejszym składnikiem polskiej mentalności.
To uderzające, jak trzydzieści lat przewróciło Polskę na nice. Solidarność nie była przecież jedynie związkiem zawodowym czy ruchem społecznym, była wyborem etycznym, wyborem dobra wspólnego, przeciwko egoizmowi jednostki.
O sile takiego wyboru pisała wielokrotnie Jadwiga Staniszkis, na mit (s)Solidarności powoływała się niedawno w kontekście My-Poznaniacy Lidka Makowska. Na ile ten mit wciąż może być żywy i na ile ruchy miejskie, takie jak My-Poznaniacy, mogą do niego nawiązywać, jest o tyle ważnym pytaniem, że ten mit i sama idea solidarności jest dziś niemal całkowicie zewnętrzna wobec dominującego późno-kapitalistycznego, egoistycznego dyskursu. Dyskursu, który unieważnił nie tylko idee ruchu sprzed trzydziestu lat, ale unieważnił również personalizm, który jest przecież o wiele starszy niż pisma Mouniera.
W niedawno publikowanej blogowej notce fronesis pisał o penalizacji biedy. Jak podaje tygodnik Polityka, 60% odbywających kary w ramach Systemu Dozoru Elektronicznego nie ma w domu toalety. Reakcja wielkomiejskiej klasy średniej jest łatwa do przewidzenia – nieudacznicy, sami sobie winni, my toalety mamy więc tych, którzy nie mają, zrozumieć nie jesteśmy w stanie. Ale to właśnie brak empatii rozrywa więzi społeczne – na każdym poziomie. Powyższe dane należy odczytywać w kontekście wyników badań Richarda Wilkinsona i Kate Pickett, opublikowanych w książce „The Spirit Level. Why More Equal Societies Almost Always Do Belter” – rozwarstwienie społeczne, bieda, brak perspektyw, wykluczenie prowadzą do przestępstw. Zwolennikom umieszczania „trudnych lokatorów” w kontenerach polecam.
Podobnie jak zwolennikom zniesienia obowiązku szkolnego, takim jak Mateusz Matyszkiewicz, który na portalu Teologia Polityczna wychwala nauczanie w domu zamiast „autorytarnej” szkoły.
Bo my sobie poradzimy, prawda? A wszelkie instytucje, które „gwałcą naszą indywidualną (i rodzinną oczywiście) wolność” są złe. Problem w tym, że najlepsze szkoły (a przy okazji bardzo wysoka jakość życia) są w Singapurze i Finlandii. Singapur jest państwem o dość fasadowej demokracji i mocnym autorytarnym porządku społecznym, Fińska szkoła dopuszcza najmniejszy w Europie udział rodziców w procesie kształcenia. Instytucje bowiem są dorobkiem cywilizacji – służą temu, by agresywne jednostki, wannabe nadludzie, nie realizowały swoich interesów kosztem słabszych. Instytucje należy poprawiać, bo są elementem solidarnego społeczeństwa, a nie odrzucać w imię indywidualistycznej, egoistycznej wolności.
My-Poznaniacy narodzili się w momencie, gdy partykularne konflikty i walki, zostały zrozumiane w szerszym, miejskim kontekście. Gdy egoizm i indywidualizm, myślenie fragmentem zostały zastąpione myśleniem wspólnotą. To jest ogromne wyzwanie nie tylko polityczne, lecz przede wszystkim kulturowe. To próba wyjścia poza dominujący paradygmat indywidualnej wolności i samorealizacji i ujrzenia innych ludzi obok.
Jeśli mógłbym czegoś życzyć nadchodzącemu Kongresowi Ruchów Miejskich, to właśnie tego – oparcia swoich działań na świadomości, że obok nas żyją inni ludzie, którzy nie są naszymi wrogami.
Krzysztof Nawratek
 |