| Solidna alternatywa |
| Marcin Muth |
| poniedziałek, 11 kwietnia 2011 |
|
Gdzieś tydzień temu zadzwonił do mnie telefon. W telefonie był redaktor poznańskiej Gazety pytający o wydatki reklamowe miasta. Zapytywał się konkretnie o sumy wydane na bazę adresów dziennikarzy z całego świata i o pliki produkcyjne niezbędne do drukowania materiałów informacyjnych i promocyjnych. Kwoty nie były powalające, bo w sumie nie przekraczały chyba 100 tysięcy złotych, co przy milionowych wydatkach miasta na promocję nie może budzić większych emocji. A jednak jakieś emocje obudziło, skoro redaktor dzwoni i się pyta. Okazało się, że to radni podnieśli rwetes o te kwoty, które wydały im się zdecydowanie wygórowane. Dlaczego akurat te kwoty? Dlaczego akurat teraz? Dlaczego wygórowane, skoro właściwie niewielkie w skali wydatków miasta w ogóle, a w skali cenników reklamowych również nie pierwszorzędne? Odpowiedź na te pytania może być tylko jedna. Ci, którzy rwetes podnieśli, chcieli po prostu narobić hałasu, a nie zająć się poważnie problemem promocji miasta. Po co bowiem wynajmować specjalistów, skoro wszystko można samemu? Logika godna mistrza autarkicznej gospodarki – Kim Dzong Ila. W warunkach liberalnego kapitalizmu, cokolwiek byśmy o tych warunkach nie myśleli, strategia to absolutnie idiotyczna. Wszystkie podmioty zlecają działania reklamowe podwykonawcom, ponieważ tworzenie kampanii reklamowych wymaga, po pierwsze, obiektywnej oceny sytuacji, a po drugie – wiąże się z nieprzystającą do korporacyjnych i urzędniczych standardów filozofią pracy. W prywatnych firmach współpracę z agencjami reklamowymi i domami mediowymi nadzoruje dział marketingu, w jednostkach samorządu – zazwyczaj biuro promocji lub dział o podobnie brzmiącej nazwie. Regułą jest, że co lepsi specjaliści wybierają raczej pracę w firmach komercyjnych, bo mogą tam liczyć na większe pieniądze. Do urzędów trafiają czasami zapaleńcy, czasami ludzie z ambicjami politycznymi, czasami po prostu nieudacznicy. Odpowiedź jest tyleż prosta, co dla większości ludzi w Polsce niezrozumiała. Otóż, tworząc jakąkolwiek kampanię reklamową opieramy się na strategii komunikacji. Niezależnie od tego czy reklamujemy proszek do prania czy miasto, region lub człowieka, musimy jasno określić, czym obiekt promocji różni się od innych oraz do czego i komu jest potrzebny. Jak sądzę problem z promocją Poznania zaczyna się właśnie w tym kluczowym momencie. Poznań po wielu latach doczekał się spójnej i jasno określonej strategii komunikacji. Może się ona podobać albo nie podobać, ale jest wdrażana konsekwentnie i nie bez sukcesów. Włodarze miasta zdecydowali się pozycjonować Poznań jako prężne centrum edukacji, biznesu i innowacji, spychając na dalszy plan wątki historyczne, turystyczne, kulturalne czy społeczne. Emblematem tego pozycjonowania jest słynne logo z gwiazdką i hasło „know-how”. Każdą ocenę działań promocyjnych miasta, należy rozpocząć od analizy, czy przedstawiony obraz jest prawdziwy i atrakcyjny. W obu elementach jest raczej słabo. Bo nawet jeśli prawdą jest, że Poznań ma „know-how” czyli umiejętność sprawnego zarządzania wiedzą i kreowania innowacji, to akurat w ostatnich czasach korzysta z niego w sposób ograniczony i/lub nieumiejętny. Bo jakoś tak się dzieje, że duże firmy stąd uciekają, poziom wiedzy absolwentów szkół leci na łeb, a długi miasta rosną.Albo jest zatem tak, że pozycjonowanie zostało wybrane nieszczęśliwie w odniesieniu do czasu i/lub miejsca, albo jest tak, że władze miasta nie bardzo potrafią doskoczyć do zawieszonej przez siebie poprzeczki. Tak czy owak, nie jest dobrze z promocją Poznania nie dlatego, że dyrektor wyda za dużo na wizytówki czy listę kontaktową, ale dlatego, że promocja została oparta na strategii komunikacji błędnej lub nieskoordynowanej ze strategią rozwoju. Moja osobista wizja opierała się na syntezie dwóch z pozoru antagonistycznych nurtów kształtujących dzisiejszy Poznań. Jeden to legendarna poznańska solidność znajdująca ujście w gospodarności, schludności i racjonalnej ocenie sytuacji, ale i mieszczańskim konserwatyzmie, a drugi nurt to spontaniczna i radykalna reakcja na zastygły to granic wytrzymałości porządek, czyli różnorodny świat alternatywnych przedsięwzięć społecznych i kulturalnych. Jeśli mamy tezę i antytezę, to sobie zawsze możemy zrobić syntezę. Tak właśnie powstała w mojej głowie strategia komunikacji, którą możemy streścić hasłem „Solidna alternatywa”. Raz, że hasło oddaje dość wiernie obraz miasta, dwa, że pozwala zidentyfikować sens istnienia Poznania jako solidnej alternatywy dla potężniejszych aglomeracji, takich jak Berlin i Warszawa. Przypomniałem sobie o swojej wizji strategii komunikacji miasta także dlatego, że trafiła do mnie informacja o bardzo ciekawej konferencji. Pod hasłem „Alternatywne know-how” w bibliotece na Chwaliszewie o przestrzeni publicznej będą mówić liderzy alternatywnej poznańskiej opinii. Wśród nich także osoby związane z organizacjami, które doskonale oddają sens syntezy, o której myślałem kilka lat temu w kontekście przetargu na strategię promocyjną miasta. Marcin Muth
Dodaj do...
Poleć znajomemu
Komentarze (0)Zapisz się do kanału RRS tego komentarzaPokaż/Ukryj Komentarze Napisz komentarz |
| Poprawiony: poniedziałek, 11 kwietnia 2011 23:24 |
Kanały RSS

Każdą ocenę działań promocyjnych miasta, należy rozpocząć od analizy, czy przedstawiony obraz jest prawdziwy i atrakcyjny. W obu elementach jest raczej słabo. Bo nawet jeśli prawdą jest, że Poznań ma „know-how” czyli umiejętność sprawnego zarządzania wiedzą i kreowania innowacji, to akurat w ostatnich czasach korzysta z niego w sposób ograniczony i/lub nieumiejętny. Bo jakoś tak się dzieje, że duże firmy stąd uciekają, poziom wiedzy absolwentów szkół leci na łeb, a długi miasta rosną.
