| Mad in Poznań |
| Marcin Muth |
| poniedziałek, 01 sierpnia 2011 |
|
I co? I od razu lepiej. Przyjeżdża na przykład do Warszawy koleżanka Ziółkowska z zarządu, aby się podzielić entuzjazmem oraz wiadomościami z miasta rodzinnego. Płyniemy zatem ze Sroką ku Adze na spotkanie, jak zwykle do warszawskiego trójkąta bermudzkiego z wierzchołkiem wskazującym tym razem na Tamce, w lokalu sentymentalnym o wszystko mówiącej nazwie „OsiR“. Tam, na Tamce, obezwładniamy się wszyscy napojami typu piwo oraz cydr, rozbierając jednocześnie doniesienia z Grodu, jak to się mówi, Przemysła. Od razu uprzedzam Agnieszkę, że słucham tylko wiadomości dobrych, albowiem pozytywnie myślę ostatnio i nie dopuszczam do siebie żadnych problemów. Wesoło ma być i pięknie, mówię, kierując rozmowę na drogę sukcesu. Wymyślono, że pod hasłem „Made in Poznań‘ będą się promować największe marki poznańskie. Będzie to takie marketingowe naczynie połączone. Miasto zyska dzięki znanym brandom, a znane brandy dostaną od miasta znaczek i możliwość dodatkowej promocji. Pomysł jest świetny, bo przecież dobrze by było, żeby każden jeden wiedział, iż Międzynarodowe Targi Poznańskie odbywają się w Poznaniu, a Volkswagen i Nivea to solidne fundamenty „Polnische Wirtschaft”. Szczególnie dobre jest hasło akcji. Zbitka „Made in Poznań” już raz się przecież sprawdziła. Poznańscy artyści skupieni w organizacjach pozarządowych powołali kilka lat temu federację madeinpoznan.org. Mały Dom Kultury, Tranzyt, Usta Usta, Stowarzyszenie Inicjatyw Teatralnych, Środek Świata i Starter to poznańskie marki niezależne, które potrafiły pokazać, że w Poznaniu można robić nie tylko pieniądze, ale także coś ciekawego. Animatorzy kultury dzięki madeinpoznan.org wypromowali się dość dobrze. Taki na przykład Starter od czerwca urzęduje w najładniejszym zakątku warszawskiego Muranowa, przy skwerze Tekli Bądarzewskiej. Marika Zamojska i Anka Pięta wygrały konkurs na wynajęcie lokalu za preferencyjny czynsz. Można? Można. Może taki Volkswagen też się wypromuje dzięki nowemu „Made in Poznań” i dadzą mu preferencyjne czynsze na Bródnie w dawnym FSO.To jednak nie koniec dobrych wieści z Poznania. Okazuje się bowiem, że nareszcie może doczekamy się filmów kręconych w naszym mieście. Do dziś pamiętam, jaką frajdę sprawiło mi oglądanie przaśnego „Pogranicza w ogniu”, tylko dlatego, że mogłem rozpoznać znajome ulice. Albo kiedyś przypadkiem trafiłem na „Kłamczuchę” wg Małgorzaty Musierowicz i nie mogłem się oderwać od ekranu. Albo chyba jedyny udany film z Poznaniem w tle, czyli „Limuzyna Daimler-Benz” Bajona. Nawet gnioty jak „Poznań '56” czy „Czas surferów” są dla mnie strawne dzięki łzom wzruszenia zacierającym defekty realizacyjne. To jest świetny pomysł. Widziałem ostatnio film „Uwikłanie”. Fabuła bez sensu, aktorstwo siermiężne, dramaturgia żadna, ale za to ten prześwietlony Kraków! Nigdy i nigdzie nie będzie tak dobrze i świeżo wyglądał jak na zdjęciach Marcina Koszałki. W spocie promocyjnym Poznania zrealizowanym przez Ksawerego Żuławskiego też są ładnie podkolorowane kadry, ale wiadomo, że przekaz promocyjny najlepiej wchodzi, gdy nie jest podany na tacy, ale ubrany w szaty przedsięwzięcia artystycznego albo chociaż rozrywkowego. Miasta całego świata korzystają z usług wybitnych reżyserów. Ekspertem od kręcenia nienachalnych, bardzo wysmakowanych reklamówek jest Wim Wenders. Jego „Niebo nad Berlinem”, „Lisbon Story”, „Buena Vista Social Club” czy „Palermo shooting” to są majstersztyki marketingu miast i regionów. Niemiecki reżyser do tego stopnia poczuł moc, że postanowił kiedyś wypromować zabitą dziurę w Teksasie wyróżniającą się tylko tym, iż nazywa się Paris. W każdym razie, gdy się zaprasza twórców filmowych, warto pomyśleć jakich filmów by się chciało. Czasami bowiem najsłabszy film Woody Allena może być najlepszą promocją dla miasta, jak w przypadku „Vicky Christina Barcelona”, ale może być też tak, że najlepszy film Jima Jarmusha, będzie najmocniejszą antyreklamą miasta, jak to się stało z Cleveland w przypadku „Inaczej niż w raju”. Jakbym, na fali mojego pozytywnego myślenia, mógł sobie trochę pomarzyć, to bym sobie wymyślił taką produkcję. Wykorzystując średniowieczną bryłę nowowybudowanego Zamku Królewskiego na Wzgórzu Przemysła oraz posępne wnętrza Zamku Cesarskiego możnaby nakręcić nową wersję „Draculi”. Reżyserię oddałbym oczywiście Romanowi Polańskiemu, którego ekscentryczne przygody seksualne doskonale wpisują się w ekscesy przedstawicieli poznańskiego establishmentu (to nakręca niezbędny szum medialny). Widać wyraźnie, że jak się do tematu pozytywnie podejdzie, to wiele dobrego można wymyślić. Będę się, tedy, tego podejścia trzymał. Ziółkowska na weekendy wraca do Poznania, to na pewno jakieś nowe pozytywne fakty będzie przywozić. Marcin Muth
Dodaj do...
Poleć znajomemu
Komentarze (0)Zapisz się do kanału RRS tego komentarzaPokaż/Ukryj Komentarze Napisz komentarz |
| Poprawiony: poniedziałek, 01 sierpnia 2011 14:54 |
Kanały RSS

Animatorzy kultury dzięki madeinpoznan.org wypromowali się dość dobrze. Taki na przykład Starter od czerwca urzęduje w najładniejszym zakątku warszawskiego Muranowa, przy skwerze Tekli Bądarzewskiej. Marika Zamojska i Anka Pięta wygrały konkurs na wynajęcie lokalu za preferencyjny czynsz. Można? Można. Może taki Volkswagen też się wypromuje dzięki nowemu „Made in Poznań” i dadzą mu preferencyjne czynsze na Bródnie w dawnym FSO.
