Chałupnicze społeczeństwo obywatelskie
Administrator   
piątek, 05 czerwca 2009
Mamy poczucie, że musimy sami sobie udziergać to społeczeństwo obywatelskie, ponieważ urzędy i organizacje pozarządowe nie doceniają naszej aktywności. Rozmowa z Anną Gizą-Poleszczuk*
 
Dominika Wielowieyska: Co się stało w ciągu tych 20 lat wolnej Polski? Czy jesteśmy coraz bardziej aktywni jako obywatele, czy też jesteśmy beznadziejni, bierni, leniwi?

Anna Giza-Poleszczuk: - Sprawy nie mają się aż tak źle. U podstaw naszego myślenia o społeczeństwie obywatelskim od początku legły złe założenia. Jeśli przywołać francuską czy angielską wersję określenia społeczeństwa obywatelskiego, to brzmi ono civil society - "społeczeństwo cywilne", a więc zbiorowość ludzi świadomych swoich pozytywnych możliwości. To ludzie, dla których przestrzeń publiczna jest przejrzysta i mogą oni - nie łamiąc norm - w sposób jawny realizować swoje aspiracje. A te aspiracje mogą być bardzo różne, choćby takie, by mieszkać w ładniejszej, czystszej okolicy.

A my lubimy rozprawiać o społeczeństwie obywatelskim na bardzo wysokim C. To są zobowiązania państwowotwórcze, poświęcanie się, działalność charytatywna. Wróciła Siłaczka jako wzorzec społeczeństwa obywatelskiego.

Spójrzmy na to inaczej. Posadziłam sobie pod moim oknem śliczny ogródek, którego pozazdrościli mi sąsiedzi. I oni także sobie posadzili kwiatki. Efekt: wspólnie stworzyliśmy jakieś dobro publiczne, ponieważ wszystkim nam się przyjemniej mieszka. I to mimo że ja zrobiłam ten ogródek z myślą o sobie, bez jakieś motywacji czynienia dobra dla innych.

Ale tych drobnych inicjatyw zmieniających nasze otoczenie nie jest zbyt wiele.

- Prowadziliśmy badania na Pradze. Początkowo szły bardzo ciężko z powodu pasywności ludzi, ale potem udało się nam dojść, skąd ta pasywność się bierze. Z braku mapy kompetencji. Mamy na podwórku trzepak. Któregoś dnia ktoś ten trzepak wyrwał i wywiózł. Ci ludzie, którzy siedzieli sobie na ławeczce pod blokiem i obserwowali zabór trzepaka, chcieli zaprotestować. Nagle jednak uświadomili sobie, że nie wiedzą, czyj ten trzepak jest i do kogo uderzyć w sprawie porwania.

Podam jeszcze inny przykład z warszawskiej Cytadeli Południowej, gdzie także robiliśmy badania. Cytadela to teren zabytkowy, objęty ochroną konserwatora zabytków. Wyburzono tam stare ohydne garaże, ale między ścianami garaży stały kontenery śmietnikowe. I teraz te kontenery szpecą, a poza tym są źródłem zabaw i radości każdego, kto sobie wypije. Mieszkańcy są skłonni za własne pieniądze zbudować altankę śmietnikową. Ale by to zrobić, trzeba mieć pozwolenie konserwatora zabytków. Pani, która pełni tę funkcję, odrzuciła już dwa projekty, ale nie dała żadnych wskazówek, jaki wariant byłaby w stanie akceptować. Sprawa się wlecze, ludzi są zniechęceni. Nie wiedzą, gdzie się poskarżyć, bo przepisy są niejasne. I takie absurdalne przypadki zdarzają się bez przerwy. To powoduje, że traktujemy instytucje publiczne jak kolejny żywioł, z którym trzeba się zmagać.

I w tej walce jesteśmy najczęściej pozostawieni sami sobie. Organizacje pozarządowe, które zajmują się ochroną praw obywatelskich, koncentrują się na czymś, co jest pianką na śmietance, czyli na sprawach w rodzaju Alicji Tysiąc. To górne rejestry, których znaczenia nie mam zamiaru podważać, ale też dla 90 proc. ludzi najbardziej istotne jest to, dlaczego oni mają taki kłopot z zabudową śmietnika. A skoro ludzie mają poczucie zagubienia w tym gąszczu, to i odechciewa im się jakiejkolwiek aktywności.

Czy to nie jest dobra wymówka dla leniwych obywateli: urzędnicy są fatalni, więc i my nie będziemy się wysilać?

- Nie możemy wymagać od tychże obywateli, żeby byli aniołami, skoro oni nie radzą sobie z codziennością i załatwianiem zwykłych spraw.

Zawodzą normalne procedury, trzeba kombinować lub uciekać w szarą strefę. CASE robiło badania nad ten temat. Wniosek z tych badań jest taki: ucieczka w szarą strefę nie wynika ze zbrodniczych intencji nieuczciwych Polaków. Ktoś woli naprawić samochód u Felka i zapłacić pod stołem bez faktury, bo wie, że Felek ma do stracenia reputację. A jak pójdzie do wielkiego warsztatu, to podmienią mu części na stare. Szara strefa jest bardzo społeczna: liczy się reputacja, więzi, zaufanie i lojalność. To, że ludzie pracują na czarno, nie wynika z tego, że zostali zmuszeni do tego przez swego szefa. Jest raczej wynikiem porozumienia między szefem a pracownikiem.

Nie demonizuję faktu, że szara strefa żyje swoim życiem. Wiem, że w jakiejś skali będzie ona istnieć, ale jestem daleka od wysławiania jej cnót. Wolałabym, by ludzie płacili podatki.

- To nie o to chodzi, by pochwalać szarą strefę. Organizacje pozarządowe i my wszyscy powinniśmy inaczej myśleć o społeczeństwie obywatelskim. Nauczyć się budować od podstaw więzi w lokalnych społecznościach. Szara strefa jest przykładem na to, że nasz potencjał aktywności i wzajemnego zaufania jest olbrzymi. Organizacje pozarządowe mogłyby to wykorzystać w swojej pracy. Zanim przystąpią do działania, mogłyby pójść do ludzi i zapytać, jakie mają potrzeby i pomysły. Dziś organizacje wyznaczają sobie cele ponad głowami społeczności, której mają pomagać. Dostają pieniądze dzięki zleceniom publicznym bądź zdobywają je w konkursach. A kto decyduje, co będzie przedmiotem konkursu, na co zostaną przeznaczone pieniądze? Urzędnicy, a nie przyszli beneficjenci tych projektów. Mamy do czynienia z fetyszyzowaniem problemów takich jak bezrobocie, dysfunkcyjność rodziny, dyskryminacja kobiet. I tylko na to są pieniądze. A gdyby organizacje chciały pieniądze na coś innego, to ich nie dostaną. W tym katalogu nie ma tego, że ludzie chcą być mądrzejsi, chcą kształcić dzieci. Zachowujemy się jak strażacy, którzy rzucają się od pożaru do pożaru i nikt sobie nie zadaje pytania, skąd ten pożar się bierze. Jak ludzie są bezrobotni, a ich dziecko włóczy się po ulicy, to znaczy, że w tej rodzinie już coś się stało w wyniku jakiegoś procesu. Trzeba identyfikować te punkty, które są prawdziwymi barierami, i pomóc ludziom je usuwać. Aby oni mieli na to wpływ i mieli poczucie odzyskiwania gruntu pod nogami.

A my utrwalamy stereotypy: organizacje pozarządowe uważają, że ludzie są pasywni i niekulturalni, nie dostrzegają wielkości ich oferty. A ludzi drażni paternalistyczna postawa działaczy społecznych, którzy pochylają się nad tym biednym dzieckiem z chusteczką. Bo biedaczysku kapie z nosa.

Wzajemna ślepota. Te dwie strony się nie widzą. W Anglii osoby z organizacji pozarządowych pytają ludzi, czego chcą, jak sobie wyobrażają pewne rzeczy. Albo mieszkańcy sami przychodzą i mówią: potrzebujemy tu prawnika, bo mamy takie i takie kłopoty. Taka sama ślepota panuje na linii samorząd - mieszkańcy. Mieszkańcy są już przywiązani do jednego modelu, wszechobecnego w mediach: skrzywdzony obywatel - bezduszny urząd. To działa na zasadzie samospełniającej się przepowiedni.

Na Pradze-Północ badaliśmy relacje między organizacjami pozarządowymi, sektorem publicznym a mieszkańcami. Okazało się, że ludzie nie odróżniają organizacji pozarządowych od instytucji publicznych. Organizacje pozarządowe nie widzą mieszkańców, bo nie patrzą na to, co ludzie rzeczywiście robią, tylko jak powinni wyglądać i co powinni robić. Na Pradze-Północ mamy zagłębie kulturalne rozmaitych klubów, ale z ich oferty w ogóle nie korzystają mieszkańcy Pragi. Dlaczego? Bo mieszkańcy uwielbiają mandolinę, to jest kultowy instrument i mają w nosie ofertę Fabryki Trzciny.

Ale przecież Fabryka Trzciny ma inne ambicje i mieszkańcy Pragi chyba jej nie obchodzą. Nie jest organizacją pozarządową.

- Problem w tym, że nie ma nikogo, kto starałby się, aby te dwa sąsiadujące środowiska gdzieś się spotkały w swoich aspiracjach.

Problem polega także na tym, że organizacje pozarządowe się kurczą. W ostatnich latach bardzo spadła liczba wolontariuszy.

- To zależy, jak definiujemy wolontariat. Jeżeli ma to być dobrowolna nieodpłatna działalność na rzecz organizacji pozarządowych, to ta teza jest prawdziwa. Ale może pojawiają się inne formy wolontariatu, których my nie dostrzegamy. W portalach społecznościowych następuje bezinteresowna wymiana informacji. Moim zdaniem to też jest wolontariat. Podobnie jak samopomoc sąsiedzka. W Polakach jest ogromny potencjał i potrzeba zaufania. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy wciąż działa. Ludzie przypinają sobie czerwone serca i mówią: zobaczcie, my też coś robimy, jak dać nam okazję.

Im bardziej nieefektywne są oficjalne instytucje, tym chętniej życie społeczne przenosi się do szarej strefy i zaczynamy tworzyć takie chałupnicze społeczeństwo obywatelskie. Mamy poczucie, że musimy sami sobie udziergać to społeczeństwo obywatelskie, ponieważ urzędy i organizacje pozarządowe nie doceniają naszej aktywności.

Dlatego namawiam do większej pokory. Ludzie ostrożnie wychylają nos na zewnątrz, coś tam wokół siebie robią, ale my tego nie widzimy, bo wypatrujemy księcia na białym koniu. Tak wyidealizowaliśmy społeczeństwo obywatelskie i tak wysoko postawiliśmy poprzeczkę, by móc z wyższością rozprawiać o bierności zwykłych Polaków. Społeczeństwo obywatelskie zostało sprowadzone do postaw intelektualnych, których znaczenia ja nie neguję. Ale nie to jest najistotniejsze. Ja sama przeszłam drogę od agresywnego, zarozumiałego intelektualizmu do postawy bardziej pokornej. Nie występujmy w roli naprawiaczy ludzi, którzy nie dojrzali do demokracji. Nie jesteśmy lekarzami chorego społeczeństwa. My przede wszystkim powinniśmy dawać ludziom wsparcie.

*Dr hab. Anna Giza-Poleszczuk, prodziekan Wydziału Filozofii i Socjologii UW, kierownik Pracowni Badań nad Kapitałem Społecznym w Instytucie Socjologii. Od lat wraz ze swoimi studentami i doktorantami współpracuje z organizacjami pozarządowymi. Zajmuje się też problematyką przemian więzi społecznych. Na konferencji "Polska po 20 latach wolności" zorganizowanej przez Instytut Socjologii UW (22-23 maja 2009 r.) wygłosi referat "Trzeci sektor, instytucje publiczne i chałupnicze społeczeństwo obywatelskie"

Źródło: Gazeta Wyborcza (link)

Komentarze (0)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

busy
Poprawiony: środa, 11 sierpnia 2010 20:11