| Urząd Miejski do spraw sprzedaży nieruchomości? |
| Lech Mergler |
| sobota, 23 maja 2009 |
|
Inaczej niż Pani Redaktor A.Przybylska wolałbym, żeby w poniedziałek, 25 lutego, nie doszło do sprzedaży terenu przy ul. Gajowej, z zabytkową zajezdnią tramwajową. Bo towar na handel nie był odpowiednio przygotowany, co zasadniczo podważa sens transakcji.
Pomysł na Gajową to fragment konsekwentnej, acz żywiołowej wizji większej całości, praktycznie realizowanej przez władze publiczne wizji naszego miasta. Wizji wyprodukowanej w gabinetach, a potem przyklepywanej przez spolegliwych radnych metodą faktów dokonanych, kawałek po kawałku. Bez publicznej debaty, która byłaby nie tylko medialnym gestem, ale miała wpływ na decyzje. Trudno tę wizję zaakceptować w Europie u początków XXI w. Sądząc po kierunkach głównych natarć inwestycyjnych Poznań składać się ma z wszechobecnych hipermarketów (galerii, teatrów albo i świątyń handlowych). Oraz deweloperskich blokowisk (deweloperowców), wypierających kliny zieleni, patrz ogłoszenia – „mieszkania przy lesie z widokiem na jezioro/rzekę”. Połączy je razem miejska autostrada, żeby śmigać bezkolizyjnie z wyprzedaży na promocję, zajmująca pozostałe tereny zieleni. Reszty miasta, jego podstawowej tkanki, jakoś nie widać. Może trochę biurowców-wieżowców, banków, hoteli i parkingów. I stadion oraz słoniarnia. Teren przy Gajowej się w to wpisuje – w planie dopuszczone deweloperowce plus megasklep. Taka wizja jest wyrazem industrialnego skansenu mentalnego, kreującego karykaturę miasta, które chce jakoby kooperować ze światem postindustrialnym. Zgadzam się jednak z przesłaniem artykułu A. Przybylskiej „Gajowa: spróbujcie dogadać się z inwestorem”, w którym Porozumienie Społeczne MY-POZNANIACY zostało wywołane do odpowiedzi. Odczytuję to przesłanie jako afirmację dialogu, rozmowy, dążenia do consensusu w mieście. I słusznie, bo nie sposób wyobrazić sobie demokratycznie zarządzane, samorządowe miasto europejskie bez nieustannego dialogu, wszystkich ze wszystkimi, o wszystkim. Jeśli jednak dokładniej zapytać – kto, z kim, jak i po co ma gadać, i odnieść do sytuacji wokół terenu przy Gajowej – to zgody będzie już mniej. Dlaczego? *************************** Najpierw wyjaśnienia. Porozumienie Społeczne MY-POZNANIACY zostało poczęte przez Ojców Miasta niechcący, jako uboczny produkt ich notorycznej niechęci do liczenia się z racjami oddolnymi. Ma ono charakter samopomocowego ruchu wzajemnego wspierania się, o strukturze konfederacyjnej, w którym uczestniczą aktywni ludzie z samorządów osiedlowych, stowarzyszeń miejskich, grup formalnych i nieformalnych itd. Reprezentowane przez nich podmioty zbiorowe mają z osobna niewielką moc oddziaływania w sprawach zagrożonych lub ignorowanych potrzeb mieszkańców. Dlatego łączą siły i pomagają sobie w sprawach lokalnych (osiedla, dzielnicy, środowisk z podobnymi problemami..) oraz działają razem na rzecz celów wspólnych, dotyczących całego miasta. Na stronie www.my-poznaniacy.net zostały te cele wyłożone. W kwestii sprzedaży terenu przy Gajowej, Porozumienie wspiera więc radę osiedla Jeżyce, której przedstawiciele są zresztą współinicjatorami Porozumienia. Nie mamy żadnej władzy – doradzamy, dyskutujemy, popieramy, a jak trzeba to idziemy razem w marszu obywatelskim i nadstawiamy twarze. Od kiedy stało się jasne, że władze nie zmienią przeznaczenia terenu przy Gajowej, powstała idea zniechęcania inwestorów poprzez legalny, pokojowy protest. Zniechęcania do tego konkretnego rozwiązania, bo optujemy za lepszym, mającym szanse na społeczne uzgodnienie. Takie działanie to był ostatni, przed sprzedażą, sposób zatrzymania realizacji nieakceptowanego planu. Gdyby uwzględniono głos mieszkańców, nie byłoby oporu. Gdyby choć ogłoszono konkurs na zagospodarowanie terenu, a w jego warunki wpisano uwzględnienie lokalnych potrzeb... Żeby nie tylko wizja zysku, z którą trudno dyskutować, miała znaczenie dla decyzji... *************************** W sprawie, o której traktuje artykuł Pani Redaktor Aleksandry Przybylskiej, najważniejsza jest kwestia, co ma do roboty władza publiczna, z biznesem w tle, a co ruchy obywatelskie i jak jedne mają się do drugich. Jest też kwestia Starego Browaru, najbardziej efektownego w Poznaniu dużego sklepu, przywołanego jako skuteczna recepta na rozwój miasta.
W kwestii pierwszej – pojawiła się, już po sprzedaży, skonkretyzowana idea rozmów w sprawie terenu przy Gajowej, z udziałem RO Jeżyce i Porozumienia My-Poznaniacy, i mediacją polityków. Rzecz w toku, mówi się o „okrągłym stole” z udziałem wszystkich stron. Jednak nie ruch obywatelski i nie samorząd osiedla jest od tego, żeby negocjować z inwestorem zaspokojenie zagrożonych potrzeb mieszkańców. Nie przypadkiem w tekście A.Przybylskiej o władzy publicznej prawie nie ma mowy. Bo jej elementarny obowiązek – uzgodnienie społeczne planu ZANIM nastąpi inwestor (czyli przygotowanie towaru na sprzedaż) autorka zcedowuje na nas! Ale PO FAKCIE, co oznacza, że możemy tylko prosić, co łaska, bez twardych argumentów przetargowych! Władza publiczna ma więc być tylko pośrednikiem w obrocie nieruchomościami miejskimi? Walnięcie młotkiem, sprzedane, można iść do domu, a o resztę martwcie się sami – bo myśmy swój interes już załatwili? Tak wyszło, ale to pomieszanie z poplątaniem. Po co czynić cnotę z tego, co niestosowne, oględnie mówiąc? Zadaniem podstawowym „inwestora” jest zarabianie pieniędzy i zarząd spółki-nabywcy za to odpowiada przed udziałowcami. A nie z miłosierdzia wobec mieszkańców jednej z bardziej zaniedbanych przez władze dzielnic Poznania. Zadaniem zaś władzy publicznej jest zaś troska o mieszkańców, bo to oni są jej „udziałowcami”, troska już przy opracowaniu planu. Rada osiedla ma rozpoznawać i ogłaszać potrzeby ludzi i inne problemy władzom, a ruch obywatelski radę ma wspierać. Niesympatyczny zarzut o to, że został zorganizowany protest („marnowanie energii na maszerowanie po mieście..”) jest całkiem nie na miejscu. Skoro władze miejskie działające jak kantor pośrednika handlowego, były ogłuchły, to reakcją musiał być krzyk, żeby w końcu usłyszały... A jak nie władze to ostatecznie inwestor. Pokojowy protest, marsz obywatelski jest także wypowiedzią, komunikatem w społecznym dialogu. Bardziej dobitnym, bo stonowane apele po wielokroć zignorowano. Ale gdyby nie takie donośne „wypowiedzi”, w ogóle nikt by nie wiedział o gwałceniu przez pomysły inwestycyjne środowiska naturalnego albo warunków życia lokalnych społeczności. Rolą władz publicznych jest organizacja dialogu i mediacja w trójkącie: BIZNES – SPOŁECZEŃSTWO OBYWATELSKIE – WŁADZE. Żadna strona nie ma tu monopolu na słuszność, każdą trzeba wysłuchać i wziąć jej racje pod uwagę. Jest to trójkąt wybitnie NIEFOREMNY, którego najmniejszy bok symbolizuje stronę społeczną, zdecydowanie w Polsce najsłabszą. Biznes ma pieniądze i sprawność działania, a władze kompetentne kadry i uprawnienia. Dla szerokiego ludu prostego sojusz władzy z biznesem jest oczywisty. Mądre i słuszne, a nie tylko szlachetne, jest jednak wspieranie strony najsłabszej, w szerokim interesie społecznym: harmonizowania rozwoju i unikania kosztów konfliktów. Ta uwaga odnosi się także czasem do mediów – więcej ambicji, przecież dokopać słabszemu jest tylko... najłatwiej, chwały i satysfakcji zaś mało. Zwłaszcza w Poznaniu, w którym istnieje tradycja nadmiernego, autorytarnego respektu wobec władzy, trzeba wspierać aktywność obywatelską. Bo jak w mało którym dużym polskim mieście bierze się u nas pod but każdego, kto odważy się upominać samodzielnie o jakieś swoje potrzeby, interesy, prawa lub racje.. Jest od razu podejrzany, nawet napiętnowany, bo narusza „naturalny” porządek. Że to władza, skoro rządzi, ma rację, a obywatele (poddani?) mają słuchać – władzy albo większości. Interes całego miasta to oczywiście nie suma korzyści cząstkowych, lokalnych społeczności, ale nie może być jednak z nimi w permanentnej sprzeczności. Trudno wyobrazić sobie pomyślność całości gdyby wszyscy z osobna byli pokrzywdzeni. Dyskredytowanie mniejszości, którym się nie podoba, nie przystaje też do nowoczesnej demokracji samorządowej. W projekcie konstytucji europejskiej zawarte były zapisy o demokracji uczestniczącej na szczeblu lokalnym. A dyrektywy europejskie nakładają wręcz obowiązek uwzględniania głosu organizacji obywatelskich przy podejmowaniu decyzji istotnych dla lokalnych, środowiskowych warunków życia. *************************** Jeśli chodzi o Stary Browar – są podstawowe wątpliwości, czy to jest w ogóle jakikolwiek wzorzec dla sposobu budowania miasta. Wzorzec, czy raczej alibi dla władzy, że w tej dziedzinie nic więcej już nie trzeba robić? Bo czy nabudowanie wielkich sklepów z atrakcyjnymi przystawkami i z pomysłem, może wyczerpywać potrzeby rozwoju miasta? Myślmy racjonalnie, bez mitologizowania. Inwestor to ktoś, kto nie potrzebuje naszego nabożeństwa, bo nie jest świętym, zwłaszcza św. Mikołajem. On chce zarabiać, a nie „zostawić trochę pieniędzy” (cyt.), chce więcej wyjąć. Są inwestorzy lepsi i gorsi, tak jak bardziej trafione i mniej są inwestycje. Sklep to sklep, jego podstawową funkcją jest sprzedaż towarów, reszta to dodatki lub dekoracje i nie ma co się do niego modlić, jak ludzie z lasu. Nie ma sensu przypisywać mu funkcji, do której nie został przeznaczony. Supermarkety same z siebie miasta nie tworzą, bo nie mogą, a czasem je niszczą, co grozi Jeżycom. Stary Browar jest obiektem szczególnym dzięki kulturalnym ambicjom i kompetencji poznańskiej inwestorki, ale to przecież wyjątek, nie reguła. Jaki jest jednak miastotwórczy zasięg oddziaływania Starego Browaru? Wbrew propagandzie raczej niewielki. Bezpośrednio przy nim powstał nowy, błyszczący świat, ale już sąsiednia ulica Rybaki wygląda jak dawniej. Bo to są dwa izolowane od siebie kosmosy. Klienci wjeżdżają samochodami na parking na dachu, wracają po kilku godzinach i nigdy nie zetkną się z ulicą Rybaki ani całym fyrtlem za nią, do Garbar. Bo i po co? St. Browar nie istnieje żeby rewitalizować śródmieście, tylko przyciągać klientelę z kasą, co wymaga izolacji od lokalnej biedy i zaniedbania. Może nawet części śródmieścia on szkodzi, osłabiając konkurencją główne do niedawna trasy handlowe ul. Św. Marcin i 27 Grudnia. Myśli kto o tym? *************************** Nowy Stary Browar, przy Gajowej, czy gdzie indziej, nie zastąpi kompleksowych, zintegrowanych programów rewitalizacji podupadłych dzielnic. Wymagają one nakładów, a nie będą przynosić zysków. Reszta to kwiatek do kożucha albo pobożne życzenia. Natomiast taka inwestycja jak supermarket może się przyczyniać do ich degradacji – jeśli będzie odbierać wpływy sklepom, pracę w nich ludziom, dochody właścicielom kamienic, w których pomieszczone sklepy zbankrutują. Zatem cele deklarowanych programów rewitalizacji są SPRZECZNE z prawdopodobnymi skutkami nieprzemyślanego, nieuzgodnionego planu zagospodarowania. Jeżyce straciły co miały najcenniejszego, najpewniej w zamian za kłopoty.
Lech Mergler, Porozumienie Społeczne MY-POZNANIACY
Gazeta Wyborcza Poznań nr
Fot. Krzysztof Ulas
Dodaj do...
Poleć znajomemu
Komentarze (0)Zapisz się do kanału RRS tego komentarzaPokaż/Ukryj Komentarze Napisz komentarz |
| Poprawiony: środa, 15 grudnia 2010 01:36 |
Kanały RSS


