Szanowni czytelnicy, poniżej prezentujemy bardzo ciekawy artykuł, który ukazał się w Gazecie Wyborczej 14 grudnia 2009 roku. Jak widać, błędy i brak konsekwencji wśród naszych urzędników może nas słono kosztować. Pozostaje tylko zadać pytanie, czy ktoś poniesie za to konsekwencje.
Aż 10 milionów złotych od miasta domaga się w sądzie warszawski deweloper.
Pieniądze miał stracić przez błędy urzędników. Prawnicy chcą negocjować
Chodzi o warszawską firmę Sap Property, która u zbiegu ul.
Marcelińskiej i Lubeckiego od trzech lat próbuje wybudować dwa połączone ze
sobą apartamentowce z 24 mieszkaniami. Inwestycja utknęła w miejscu, bo
dwukrotnie miejscy urzędnicy wydawali pozwolenia na budowę z błędami.
A było tak. W lipcu 2004 r. miejscy urzędnicy zatwierdzają projekt
apartamentowców i wydają pozwolenie na budowę. Po dwóch latach właściciele
sprzedają inwestycję warszawskiej spółce Sap Property. W marcu 2007 r.
urzędnicy przenoszą na niego pozwolenie na budowę. Deweloper od razu podpisuje
umowę z wykonawcą. Ten wylewa fundamenty i stawia garaże.
Ale inwestycja nie podoba się
okolicznym mieszkańcom, którzy namawiają nadzór budowlany do kontroli. Ten
znajduje sporo błędów w dokumentacji. Okazuje się, że apartamentowce
zaprojektował inżynier bez odpowiednich uprawnień, a w projekcie nie ma słowa o
wewnętrznych instalacjach. Wojewoda uchyla pozwolenie na budowę. Prace stają na
pół roku.
We wrześniu 2007 r. urzędnicy wydają drugie pozwolenie na budowę. Ale nie mija
miesiąc i zaskarża je prokuratura (sprawdza, czy poprzedni właściciel nie
fałszował dzienników budowy). Wojewoda bada więc pozwolenie i znów stwierdza,
że miejscy urzędnicy złamali przepisy. Po raz drugi uchyla pozwolenie.
Trzecie pozwolenie urzędnicy wydają w czerwcu 2008 r. Tym razem jest w
porządku. - Chcemy budowę zakończyć do czerwca przyszłego roku - mówi
Mieczysław Jaśkowski, prezes Sap Property.
Ale to nie kończy sprawy. "Gazeta" ustaliła, że w poznańskim sądzie
deweloper złożył pozew, w którym żąda od miasta 9 mln 924 tys. zł
odszkodowania. - Tyle straciłem przez błędy i zaniedbania miejskich urzędników.
To oni wydali dwa pozwolenia na budowę, które później zostały prawomocnie
uchylone. To przez nich inwestycja stała, a ja liczyłem straty - tłumaczy
Jaśkowski.
W pozwie szczegółowo wylicza: * spadek cen na rynku mieszkań - 5,9 mln zł; *
wzrost kosztów wykonawcy - 2,150 mln zł; * koszty przestoju - 1,2 mln zł; *
koszty kredytów - 458 tys. zł.
- Gdy zaczynaliśmy inwestycję, braliśmy kredyty, planowaliśmy zakończyć budowę
do maja 2008 r., a wszystkie mieszkania sprzedać do końca 2007 r. Po pierwszym
przestoju ceny na rynku mocno spadły. Obniżyliśmy je o 10 proc., ale nikt
chętny się nie znalazł. Obniżyliśmy więc cenę o kolejne 10-15 proc. Nawet jeśli
teraz uda się wszystkie mieszkania sprzedać, będziemy 6 mln zł do tyłu -
tłumaczy Jaśkowski. I dodaje, że chodzi nie tylko o błędy urzędników, ale też
ich bierność. - Można zrobić błąd i szybko go naprawić. Gdy pozwolenia były
uchylane, prosiłem urzędników, by zajęli się sprawą od razu. Dla mnie liczył
się każdy dzień, a w urzędzie wszystko ciągnęło się miesiącami - zaznacza
deweloper..
Zanim poszedł do sądu, Jaśkowski próbował załatwić sprawę polubownie. Ale
miasto nie chciało płacić. W odpowiedzi na pozew też nie przyznaje się do winy.
A dokładniej twierdzi, że nie jest jedynym winnym (bo np. winny jest też
inżynier, który bez uprawnień projektował budynki) i kwestionuje wyliczenia
(skoro deweloper mieszkań jeszcze nie sprzedał, to skąd wie, ile stracił?).
Ale gdy przed miesiącem odbywa się pierwsza rozprawa, prawnik miasta twierdzi,
że widzi możliwość porozumienia. Jaśkowski też zgadza się na negocjacje: - Wolę
dostać wcześniej pieniądze, nawet jeśli z części będę musiał zrezygnować.
Sąd dał miastu i deweloperowi czas na porozumienie do lutego.
- Pierwsze pozwolenie na budowę wydaliśmy z naruszeniem prawa, ale nie było ono
rażące - przekonuje Andrzej Nowak, dyrektor wydziału urbanistyki i
architektury. - Projektant miał niewłaściwy zakres uprawnień, przeoczyliśmy to.
Kiedyś dostawaliśmy projekt budowlany z pieczątką, a na niej numer uprawnień. I
trzeba było je sprawdzać. Dziś mamy już lepsze procedury, uprawnienia
kontrolują izby inżynierów i architektów.
"Gazeta": - Przez błędne decyzje urzędników Poznań może stracić 10
mln zł. Czy ponieśli oni jakieś konsekwencje?
Nowak: - Przy ilości spraw, którymi się zajmujemy i tempie pracy, błędy się
zdarzają. W tym przypadku zdarzyły się niezwykle doświadczonym i szanowanym
urzędnikom. Zrobiliśmy zebranie z kierownikami oddziałów i pracownikami, na
którym ich pouczyliśmy i publicznie napiętnowaliśmy. Przeżywają to do dziś.
Wysokości i zasadności odszkodowania, którego domaga się deweloper, dyrektor
Nowak nie chce skomentować.